Blog
Rozważania Głupca
el.Zorro
el.Zorro Głupcem z Tarota
8 obserwujących 203 notki 122793 odsłony
el.Zorro, 19 kwietnia 2017 r.

Instytut Paranoi Narodowej, (IPN).

438 5 0 A A A
Bez komentarza. / Mat. Google.


Pod koniec dyktatury bolszewickiej, czyli w PRL,

z tajnymi służbami współpracowało ponad 2 miliony Polaków!


Polacy będą mocno zdziwieni, kiedy IPN upubliczni PEŁNĄ listę konfidentów komuszych służb tajnych, zarówno wojskowych, jak i milicyjnych. Niestety, IPN nie ma zamiaru opublikować tego, w jaki sposób została nawiązana współpraca z konkretnym informatorem, na jakom obszarze i co lub kogo konkretny informator zakapował. Czy donosił z pobudek obywatelskich na otaczające go kanalie,

czy li tylko z chęci zysku i dogodzenia swojej zawiści, donosił na sąsiadów, aby zbyt dobrze im się nie powodziło.

A przecież w tej liczbie nie ma etatowych funkcjonariuszy, tylko osoby zwerbowane spośród „cywilów”.

Generalnie PRL-owscy kapusie dzielili się na dwie grupy:

TYCH CO MUSIELI podjąć współpracę z SB lub z tajnym pionem WSW LWP, bo tylko w takim układzie mogli realizować się zawodowo;

TYCH CO CHCIELI współpracować z PRL-owskim układem politycznej dyktatury, milicyjnym lub wojskowym.

Ta grupa dzieliła się znowu na dwie podgrupy:

czyli na osoby które nie mogły zdzierżyć społecznych patologii lub ówczesnych układów mafijnych,

oraz na kanalie, które na współpracy z tajniactwem tuczyły swoje przestępcze procedery, kosztem zakapowanej konkurencji.

Jakby nie dywagować, są takie profesje, których po prostu NIE MOŻNA uprawiać bez błogosławieństwa tajnych służb bezpieczeństwa państwa.

Jeśli ktoś nie wierzy, niech spyta Radosława Sikorskiego o to, ile przeżyłby bez rekomendacji takich służb wśród Pasztunów walczących z czerwonoarmistami, jako korespondent wojenny z Afganistanu? Znając podejrzliwość i okrucieństwo tej nacji i wiedząc czym się, poza walkami, zajmują, raczej krótko zachowałby wolność, a potem życie.

Zatem: reporterzy, podróżnicy, handlowcy, są naturalnymi i wręcz idealnymi kandydatami na szpiegów! Nikt przecież nie może takim osobom zarzucić złej woli w podróżowaniu, nieprawdaż?

Wiedzieli to już starożytni władcy, biorąc na spytki każdego zagranicznego kupca, czy obieżyświata, jaki tylko trafił w okolice ich dworu, zaś, co inteligentniejszych, wyruszających własnych kupców lub pielgrzymów, za pomocą „dofinansowania” wyprawy, uczulali na to, aby ich oczy i uszy zarejestrowały jak najwięcej przydatnych władcy informacji.

Z czasem do grupy „szczególnego zainteresowania” dołączyli pracownicy poczty oraz telekomunikacji, którzy mogli bez zostawiania śladów infiltrować treść przekazów, a także służby personalne państwowych molochów. Oczywiście, nie każdy: kadrowiec, telefonistka, konserwator centrali telefonicznej, czy listonosz byli kapusiami, ale PRZYNAJMNIEJ JEDNA OSOBA zatrudniona w konkretnej jednostce miała swoistą „Umowę-Zlecenie”, dzięki czemu „Wielki Brat mógł czuwać”.

Oczywiście, osoby zakłamane lub naiwne mogą dziś ujadać na temat moralności i etyki osób które przyjęły klasykę „propozycji nie do odrzucenia”, ale doświadczenie uczy, że NAJGŁOŚNIEJ ujadają ci, którzy albo nie sprostali wymogom weryfikacyjnym, albo nie mieli dostępu do ważnych dla tajniactwa informacji, więc ich aplikacje pozostały bez odzewu. W czasach PRL istniała segregacja w dostępie do wykonywania zawodów, więc trudno było oczekiwać po absolwencie, na przykład handlu zagranicznego, aby odmówiwszy współpracy tajnym służbom, wybrał zawodową degradację jako pracownik niewykwalifikowany.

W tej grupie są też członkowie PZPR, co do których, od 1956 roku, ISTNIAŁ ZAKAZ werbowania jako konfidentów tajnych służb. Ale jeśli wcześniej zostali zwerbowani, przyjmowano ich do PZPR.

Natomiast całkowicie niejednoznaczna jest zbiorowa ocena dobrowolnych współpracowników milicyjnej SB i wojskowych tajnych służb WSW, zwłaszcza kontrwywiadu, pionu z definicji „babrającego się w brudach” zawodowych żołnierzy i pracowników cywilnych wojska.

Z jednej strony, służby wywiadowcze obcych państw bazują na słabościach kadry penetrowanej armii, ale z drugiej, opieranie na ordynarnym donosicielstwie walki z wrogą penetracją prowadzi do fatalnej atmosfery we własnych szeregach, prowadzącej w konsekwencji do upadku morale i osłabieniu siły własnych szeregów.

Wbrew obiegowym pogłoskom, SB wcale nie koncentrowała się, jak to było w MBP do 1956 roku, na walce z polityczną opozycją! Inwigilowaniem kontestujących PRL, głównie środowisk klerykalnych, zajmowało się nie więcej niż 15% sił tej służby!

Dla porównania, w tak zwanej obyczajówce, rozpracowującej świat prostytutek, ich alfonsów oraz gejów, tyrała porównywalna ilość funkcjonariuszy i informatorów, skąd można by wysnuć wniosek, że w czasach PRL, prostytutki, czekające przed co lepszymi hotelami na swoich klientów, pilnujący interesu sutenerzy, a także piętnowani społecznie homoseksualiści, stanowili porównywalne zagrożenie dla PRL, co nawołujący do oporu wobec „władzy ludowej” wywrotowcy skumani z proboszczami. (O. Rydzyk ze swoją gitarowo-wokalną trupą, w tym czasie, objeżdżał Polskę z cieszącymi się sporym zainteresowaniem rockowymi mszami, w których nie było ani śladu polityki). O wiele więcej współpracowników SB tropiło przestępczość zorganizowaną, bo takowa w czasach PRL prosperowała nader owocnie, zajmując się wynoszeniem z zakładów pracy i upłynnianiem na czarnym rynku wszystkiego, co tylko nie uciekało, a także tropieniem powszechnego bimbrownictwa. Ponadto od 1970 pojawił się proceder masowej malwersacji środków budżetowych na lukratywny zakup, (wart od 3% do 5% kontraktu do tego płacony w dewizach), często niepotrzebnych, przestarzałych lub nieudanych, licencji, w czym brylowali tajniacy z wojskowego wywiadu, kontrolujący w czasach PRL Centrale Handlu Zagranicznego.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Polityka